Odszedł, szybko i niespodziewanie, po wojskowemu, jeszcze dokładnie nie wiemy co było przyczyną.
Wychował kilka roczników naprawdę dobrych operatorów. Nie znam nikogo w jednostce, kto nie mówiłby o nim z szacunkiem, nawet młode roczniki, żyją legendą „diabła”. Pamiętam naszą wyprawę w góry podczas selekcji w Bieszczadach, poruszał się jak maszyna, a ja miałem wrażenie, że padnę za następnym zakrętem, często wspominaliśmy z diabłem nocny rajd terenowym samochodem w poszukiwaniu zaginionych uczestników selekcji, w błocie i deszczu, z „ułanem”, który czyścił szyby przeciętym na pół ziemniakiem, bo wycieraczki odmówiły posłuszeństwa.
Lubiłem się z nim kłócić,miał kompletnie księżycowe poglądy polityczne. Chyba trzy lata temu, na jednym z piękniejszych poligonów w zachodniej Polsce, spędziliśmy całą niedzielę na ławeczce pod leśniczówką, dyskutując o polityce i pijąc czeskie piwo.
Zawsze gotowy do pomocy, zawsze mający dla wszystkich czas. Na ostatnim opłatku ustaliliśmy, że wrócę do niego na treningi, które prowadził przez lata, nie zdążył odebrać adżiki, ostrej przyprawy którą przywiozłem mu z Armenii, opowiadał mi o niej niemal podczas każdego spotkania, już nie odbierze. Dołączył do „Kaśki”i „Żuka”, którzy nie wrócili z Iraku. Zawsze chciał, żeby po śmierci poddać ciało kremacji i rozsypać popiół gdzieś w lesie, ale musimy mieć jakieś miejsce, gdzie będzie go można odwiedzać. Trzymaj się tam dzielnie diablisko, wypijemy rakiję za twoją pamięć.